Witam Szanownych Czytających.
Nazywam się Ernest, pochodzę z Zambrowa.
Zakup magicznej maszyny jaką jest dla mnie Honda Transalp podyktowany był szeregiem różnych czynników ale chyba najważniejszym była chęć wyrwania się ze standardów, chęć poznania Świata, na razie tego bliższego - dlatego tylko Bliski Wschód. Zapraszam nie tylko na ten artykuł ale na cały szereg, który już niebawem!

Pomysł wyjazdu rodził się w mojej głowie już w 2010r, kiedy z Wrocławia prowadziłem moją maszynę do domu. Snułem już plany. Pierwszy sezon niestety ale był biedny bo na maszynę, a potem na ciuchy i cały osprzęt wydałem wszystko co miałem. Sezon 2010 skończyłem więc od intensywnych poszukiwań kompanów którzy dysponowali by autem i przyczepką by zminimalizować koszty wyjazdu.  W myśl zasady im więcej ich znajdę tym szansa większa, że ktoś w ogóle pojedzie. Znalazło się 3 chętnych i ... wszyscy o dziwo pojechali :) To prawie niespotykane zwłaszcza, że wcześniej nie znaliśmy się.
We wrześniu spotkaliśmy się po raz pierwszy i w składzie 2x BMW R1200GS, XTZ750Super Tenere i mój Transalp odbyliśmy jakąś tam przejażdżkę po drogach Warmii. Już po pierwszych kilometrach wiedziałem, że mimo dosiadania  najsłabszej maszyny będę ...najszybszy:D  No prawie, bo co tu kryć GSy odchodziły mi na każdej prostej... ;)
Przed wyjazdem odbyliśmy jeszcze 3 spotkanka na których ustaliliśmy to i owo, przekazaliśmy dokumenty dla Sławka który wspaniałomyślnie, poświęcając swój wolny czas załatwił nam wizy do Syrii. Tak się z tym zagalopował , że nie załatwił jej sobie :) No cóż, mieliśmy to załatwić już na granicy bo czasu już na to nie było. Sławek miał po prostu wbite o kilka pieczątek z kilku krajów "za dużo" i w tym paszporcie już "nie było miejsca" na wizę z Syrii. Ot, taka polityka.
Nowy paszport Sławek ( R1200GS ADV) odbiera dosłownie 3 dni przed wyjazdem. Oddychamy z ulgą.  
Wybija sądny dzień czyli :

05.11.2010.
Jest piątek, kończę pracę wsiadam na motocykl i zostawiam całe zło tego świata za sobą - przede mną tylko przygoda! Po przejechaniu 140km melduję się w Piasecznie, w umówionym wcześniej miejscu. Minęła 22 a pakowanie motocykli trwa jeszcze przez najbliższe 1.5h.
Każdy dostaje gustowną naklejkę od Sławka, niektórzy po dwie a inni po 3. Na szybę, na kufer, na co kto chciał - Sławek nie żałował nikomu. Chłopak zaskoczył nas tym ! Miły gest i fajna pamiątka.



Image and video hosting by TinyPic

Jeszcze tylko krótka odprawa, kilka kaw  i o 1 AM lecimy ku naszej przygodzie. Mieliśmy się przespać i ruszyć rano ale adrenalinka była taka, że nie dało się wysiedzieć w miejscu. Także ruszyliśmy ku przygodzie.
Polska przeleciała szybciutko, wiadomo - nocą pusto na drogach więc się leci jako tako. A za granicą od razu, no prawie od razu zaczynała się autostrada którą dojechaliśmy prawie do granicy z Bułgarią. Ja ze Sławkiem (XTZ750ST) z racji braku w naszych Prawach Jazdy kategorii C+E zasiedliśmy z tyłu a Sławek wraz z Darkiem (również GS 1200ADV) zmieniali się co tankowanie czyli... co chwilę! Nasz zestaw palił ogromne ilości paliwa, niby miał co ciągnąć ale 14L/100km robiło małe spustoszenie w naszych kieszeniach. Trzeba było jechać na kołach i nie smucić powiecie - i pewnie macie rację, trzeba było ... ale poczekajcie do końca.
Nasz "skład" gdzieś na parkingu w Serbii.
Image and video hosting by TinyPic
Dystans motocyklem 140km. Reszta dystansu na przyczepce.

06.11.2010.
Po, można powiedzieć, całodobowym przelocie meldujemy się w jakimś przydrożnym bułgarskim hotelu z parkingiem gdzie odsypiamy trudy samochodowej podróży. Auto z przyczepką zostawiamy oczywiście na parkingu i obiecujemy po nie wrócić za ok 15 dni. Koszt parkingu za auto i przyczepę 4 euro/doba.
Sam hotel czysty, schludny, parking dozorowany przez psa:) ale brama taka, że chyba tylko czołgiem można ją staranować. Wysoka, więc oczy ciekawskich raczej tu nie zajrzą. Motocykle zostawiamy na przyczepie bagaże podręczne zabieramy do hotelu i spać. Chłopaki poszli wcześniej, ja się jeszcze krzątam. Kolo z recepcji jakoś tak dziwnie na mnie patrzył więc pomyślałem, że chce z góry kasę. Poszedłem więc i zapłaciłem. A , że nie miał wydać dałem od razu i za kolegów, czyli za dwa pokoje. Oczywiście tą radosną wieścią poleciałem podzielić się z kolegami. Jakież było moje zdziwienie kiedy dowiedziałem się, że oni już też zapłacili i to także za obydwa... 
- Nieźle się zaczyna - pomyślałem biegnąc dwa pietra w dół.
Na szczęście udało się odzyskać pieniądze i spokojny już położyłem się na odpoczynek.

07.11.2010
Budzimy się ok. 9, robimy szybkie przepakowanie, objuczamy kto tam czym ma nasze rumaki i zbieramy się pomaleńku do drogi.

Jeszcze nie ruszyliśmy i pierwszy kapeć.... ładny start, nie ma co :)
Na szczęście mimo że dziś dzień święty - niedziela, znajdujący się obok zakład wulkanizacyjny jest czynny. Mija niewiele ponad 30 minut i już nawijamy pierwsze kaemy na obczyźnie.
Cel (Stambuł), mimo że nie odległy, osiągamy dopiero o 19. A to na granicy nam zeszło, a to obiad,

Image and video hosting by TinyPic

a to trzeba się było cieplej ubrać bo temp. spadła z +25 w dzień do marnych +11 wieczorem. Robimy szybkie fotki...

Image and video hosting by TinyPic



Image and video hosting by TinyPic


...i ruszamy szukać noclegu. Ceny zabijają, opuszczamy więc stolice i na obrzeżach lokujemy się w hotelu z parkingiem za też nie małe pieniądze.
Dystans 600km.


08.11.2010.
Pobudka o 7:30, szybkie śniadanko i lecimy dalej. Oczywiście do granicy z Syrią nie dolatujemy bo znów jak nie obiad


to zdjęcia:
Image and video hosting by TinyPic



Photobucket

Photobucket
Ale jak się ma na 4 osoby 4 kamery i 5 a może 6 aparatów ??? hmm a może więcej tylko chłopaki boją się pokazać co mają w tych kufrach :D No cóż, świat oszalał a my z nim :) Dzień kończymy wcześnie bo już o 16. Powód - moje przednie koło..... Na szczęście to tylko mój lokalny serwis motocyklowy nie dokręcił śrub trzymających przednią ośkę i koło złapało luz.  Dobrze, że przed wyjazdem dolałem olej ( po wymianie było za mało ) i poluzowałem łańcuch bo ekipa była by o jeden motocykl skromniejsza, a ja biedniejszy o kilkanaście stówek. Tak, to ten sam serwis... Chyba teraz motocykl oddam do serwisu już tylko na regulacje zaworów, ale do innego, nie lokalnego ;)
No nic... motocykl naprawiony, my wykąpani, chłopcy napici ( Efez w cenie 6PLN sprzedawali naprzeciwko Motelu) więc poszli spać :)
A ja ? A ja za karę, że to przez mnie tak mało dziś ujechaliśmy zostałem nadwornym pismakiem- kazali mi pisać relację. Więc pisałem. Pisałem bo postraszyli, że ponoć mi jutro tylną ośkę poluzują. Pisałem do rana ...
Dystans 510km

Plan na jutro : dobrze się wyspać, bardzo dobrze najeść i jeszcze bardziej niż bardzo dobrze się wyjeździć :) A tak na poważnie to chcemy dojechać do granicy z Syrią i nawet ją przekroczyć, czyli skromne 750km przed nami + 3-4h na granicy. Nie wiem jak my to zrobimy, kurde... chyba im te aparaty zaraz zarekwiruje puki śpią :D A śpią :) Słychać, nawet tych z sąsiedniego pokoju :D



09.11.2010
Jakoś udało im się mnie obudzić i po bardzo wczesnym śniadanku wyruszamy.




Wjeżdżamy w bardzo piękne i w miarę wysokie góry, pokonujemy m.in. przełęcz 1890mnpm. Oczywiście dwupasmówką.  Ruch nie wielki, drogi okazałe, nawierzchnia czasem nierówna, czasem jak by jakaś podejrzanie śliska, może to te kamyki ? Nie wiem … Widoki przepiękne:


Za bardzo się tym nie przejmując tniemy po 120-130km/h a w Turcji jak wiadomo dla motocykli przewidziano max. 70kę …  Stąd też 2x zatrzymuje nas patrol policji ale z braku argumentów (nie mieli radarów) i znajomości języków obcych salutują nam tylko na odchodne.
Śmigamy więc dalej po przełęczach a w górach jak to w górach – stacji paliwowych raczej mało a dodatkowo okazało się, że te co są, nie maja benzyny – tylko ON i LPG. I takim sposobem kończy mi się paliwo. Znów wszyscy patrzą na mnie, znów ja winny :(
Dobrze, że kolega miał pełen kanister więc został ze mną i mnie mnie poratował. Reszta pojechała dalej, umówiliśmy się na spotkanie na najbliższej stacji. Nie wszyscy dojechali... :) Kolejna , z tego samego powodu, staje Super Tenera. Kolejny kanister opróżniony, ale Tenera w przeciwieństwie do Trampka miała duuuże problemy z odpaleniem.  Po 5 minutach kręcenia, pchania  udało się. Ruszyła.
Na najbliższej stacji tankujemy do pełna, jemy obiad i śmigamy na syryjską granicę gdzie po wypełnieniu kilku kwitków, odwiedzeniu kilkunastu okienek i wydaniu niezliczonej ilości „zielonych” wjeżdżamy do tegoż egzotycznego dla nas kraju. Cała odprawa trwała dokładnie... 199 minut
Za granicą napełniamy nasze puste już zbiorniki (2.7 zł/litr) i lecimy szukać hotelu w Aleppo.

Jest już 22.30... a tu ruch w najlepsze – co 2 auto ma źle ustawione światła a te które mają dobrze to jadą na światłach drogowych lub przeciwmgielnych :) Sajgon ! Jakoś te 45 km mija i wbijamy się w miasto. Po stu kroć Sajgon ! Kilka czerwonych świateł, kilkanaście obtrąbionych samochodów, kilkudziesięciu omal nie rozjechanych przechodniów świadczy o tym , że wtopiliśmy się w tłum :) Szybko znajdujemy hotel, wciągamy coś na ząb, krótka pogawędka o tym co jutro i idziemy spać. Jest po 2 … a za oknem nadal ruch, kebabownię „Mr. Chicken” naprzeciwko naszego taniego (10$/osoba) ale obskurnego hotelu zamknęli chyba ok 1...
Dystans : 710km.


10.11.2010
Wstajemy ok 7. Rzut oka za okno: nie jest źle, klimat jest :D



Spadamy na stare miasto. Jako, że nie wiemy gdzie jesteśmy łapiemy TAXI, których jest tu jak mrówek. Wszystkie żółte. Wożą wszystko – od ludzi po dywany. Ładujemy się do środka wozu i próbujemy się dogadać gdzie ma nas zawieźć, na próżno :( Pomaga koleś ściągnięty z chodnika, który znal trochę angielskiego i robił za tłumacza. Trasa znana, cena też ustalona więc jedziemy. Okazuje się , że mieszkamy 500m od cytadeli :D Koszt kursu 1.5zł :D Wrażenia – bezcenne zwłaszcza, że jedziemy z arabską muza na full i opuszczonymi szybami :) Fajny klimat, kierowcy też się chyba podobało :D

Zaczynamy od cytadeli (lokalesi 15 SYP, innostrańcy x10, ot i cała Syria – w niektórych knajpach też mam wrażenie, ze mają przelicznik x5 lub x 10 !! ). Sam zabytek nie robi na mnie specjalnego wrażenia, mimo to, nie jestem przecież sam, włóczymy się tam ze 2h. Na miejscu kawka + to czym częstują nas jakieś arabskie niewiasty (jakieś lokalne specjały),zalotnie spoglądając spod swoich chust. Starczy tego dobrego, bo zaraz nas ukamienują ;)









Słonko pali coraz mocniej - rzucamy się więc w cień budynków pamiętających pewnie nie tylko minione stulecie. Plątanina uliczek, ludzie, smaki, zapachy - my, ludzie z zachodniej europy dostajemy oczopląsu. Zwłaszcza ja - dla mnie to pierwsze spotkanie z tak czymś odmiennym. Jestem zafascynowany. Chłopaki chyba też bo ...gubimy się :)

















Błądzimy więc dalej wpadając zupełnie niechcący na fabrykę mydła, które potem sprzedaje się na targach jako produkowane tradycyjnie. Sądząc po pomieszczeniu i "maszynach" jest to prawda, a ja myślałem, że robi to jakaś potężna fabryka i nabija turystów w butelkę . A tu proszę, miłe zaskoczenie. Z "nowości" rzuciły mi się w oko tylko : drzwi, biurko, świetlówki i palety. Reszta pachniała starymi czasami. Klimat nieziemski...i ten zapach!





Poddajemy się. Wracamy jednak TAXI.  By do niej dotrzeć przez przypadek przechodzimy przez największy targ w Syrii gdzie kupujemy gifty, targujemy się deczko, koledze udaje się zbić cenę o 10x więc nasze przypuszczenia o takowym a nie innym zawyżaniu cen nie wzięły się jednak z nieba !


Pod hotelem wrzucamy co nieco na ząb, uzupełniamy zapasy wody i spakowani wyjeżdżamy ok 14.
Ujeżdżamy może z 500m i awaria. Tenerka chodzi na jeden garnek :( Wśród dziesiątków kibicujących nam Syryjczyków Piotrek zmienia świece, ja biegam po okolicy szukać już kolejnych na zapas (NGK – 6zł/szt.) a reszta ekipy odpowiada na pytania : skąd, dokąd i ile kosztują maszyny :) Robią foty, kręcą filmy, zbierają podarki od handlujących obok: owoce, wafelki itp.










Mija godzina. Awaria usunięta – ruszamy. Cel Palmyra.
Za miastem tankujemy, pomni doświadczeń z Turcji:



Jedziemy może z 2h i zatrzymujmy się na popas.
Knajpa obskurna ale jak się po posiłku okaże jedna z droższych w Syrii :)













Kolejny raz dopełniamy zbiorniki przed nocą ale już wiemy, że w Syrii raczej paliwa nam nie zabraknie, stacje co kilka km !


Robi się późno, ciemno i chłodno.
Postanawiamy skrócić drogę bo wg kierowców, którzy zatrzymują się zawsze jeśli widzą, że szukamy drogi, jest tam asfalt. Ruszamy. Kończą się angielskojęzyczne napisy na znakach, zostajemy więc tylko, my, nasze motocykle i ten cholerny maczek :D No i Zumo w Advenczerze Sławka - niestety bez dokładnych map. Droga nie jest zła, po 10 km jest zła, po kolejnych 10 bardzo zła, potem zaczął się szuter i …. i tak właśnie o 21 lądujemy na środku pustyni :) Jest twarda, z małymi kamykami, równa jak stół więc ośka ;) Latam tak szybko jak tylko mogę, ogranicza mnie tylko widoczność ( mamy prawie środek ciemnej nocy ) i mózg, z którego koledzy mówią, że chyba wiele nie zostało :) Oni bezpiecznie turlają się 70ką.
Co chwila postój i opowiadanie wrażeń bo jadąc mijamy 3 „rafinerie” a następnego poranka czytając przewodnik dowiaduję się, że było tam też gdzieś w okolicy podziemne, ciężkie syryjskie więzienie . Czad. Może to Ci goście z kałachami na środku pustyni tego przybytku zła pilnowali... nie wiem .
Jadąc sobie tak co 15 minut gubimy się by po 15 kolejnych stwierdzić, że chyba jednak jedziemy dobrze i tak wkoło. Długo by pisać. Postanawiamy zjechać z pustynnej drogi i ciąć na azymut- słuszna decyzja bo po 10min lecimy już po czarnym, znowu …
Ukurzeni do granic możliwości, do granic możliwości też szczęśliwi lądujemy w kolejnym podrzędnym hotelu w Palmyrze. Znów się nie wyśpimy. Powieki zamykamy ok 0.00

Dystans 320km

Koniec części 1
część 2


Druga część relacji z mojego wyjazdu na Bliski Wschód już za tydzień a tymczasem zapraszam Was do zapoznania się moimi planami na sezon 2012. Miło mi będzie jeśli polubicie Wyprawę Wagadugu 2012 (klikamy w banerek a potem już wiecie...). Z góry dzięki!